Wszystkim z Was, którzy tu zaglądacie, życzę wytrwałości w trudach codziennej pracy. Życzenia są z okazji święta Ludzi Pracy, którymi wszak wszyscy jesteśmy, choć nie wiadomo jak długo. Życzę Wam żeby nigdy nie zabrakło chleba, który wszak owocem pracy naszej jest :)
Dorwałem dziś magazyn jednego z lokalnych dzienników. Jeden dziennikarz szeroko rozpisywał się szeroko na temat kuchni regionalnej. Spieprzył wszystko, co można było spieprzyć, ale zainspirował. Dlaczego piszę, że schrzanił? Otóż człowiek ten podawał krótkie przepisy na różne oryginalne przysmaki z pogranicza polsko - słowacko - ukraińskiego. Był między innymi przepis na placki ziemniaczane po wołosku. Ok pomyślałem i czytam dalej i wołosi mnie się jeżą na głowie. Przepis każe zrobić ciasto naleśnikowe z dwóch kilogramów mąki. Katastrofa. Można by wykarmić taką ilością kolejkę pod urzędem pracy przez tydzień, na mrozie. Tyle krytyki, chociaż w artykule było jeszcze kilka błędów. Zamilczmy nad nimi z wdzięczności dla autora, który zainspirował do poszukiwań.
Cudowne proste jedzenie. Podobno robi się je i je jeszcze gdzieś na Lubelszczyźnie i w Beskidach. Nazywa się także bardzo sympatycznie. Poniżej przepis:
HOMILKI
Składniki:
Biały ser twarogowy najlepiej tłusty, ale maksymalnie odciśnięty ( w moje wersji około 300 gram)
masło około dwóch łyżek
mięta świeża (zastąpiłem tymiankiem), ale może być kminek
Wykonanie:
Z sera uformowałem kulki około 10 sztuk po czym wstawiłem do piekarnika nagrzanego do około 100 stopni celsjusza. Suszyłem toto około godzinę, a potem jeszcze kilka godzin w ciepłym suchym miejscu trzymałem na blasze. Podałem do kolacji polane oliwą z oliwek.Można je też po mniej więcej 15 godzinach od upieczenia zanurzyć w dobrym oleju rzepakowym i wyjadać nawet przez miesiąc, bo się nie psują podobno. Jak dla mnie absolutna rewelacja. Najlepsza z żony tez była zachwycona. Nawet dzieci się zajadały, a to surowi sędziowie...
Jest sobota, do południa jeszcze kawałek czasu. Zakładam kuchenny fartuch z wzorkiem w tzw. cipki i przystępuję do zabawy w kuchni. Piekę, siekam, blanszuję, odmierzam, ważę i śpiewam przy tym, albo pogwizduję.Dzieci wpatrzone we mnie wielkimi oczami. Relaksuje mnie to gotowanie niebywale. Dzisiaj na przykład upiekłem babeczki z wiśniami, a w planach jest jeszcze chleb no i obiad. Często gotuję. Wiedzą to Ci co mnie znają. Odpoczywam przy tym. Realizuję przy tym rzymski ideał niepróżnującego próżnowania. Kocham jedzenie i gotowanie. Czasem jednak rozbijam się o takie frapujące mnie pytanie. Czy gotowanie jest męskie? Tyle się mówi teraz o tym, że faceci niewieścieją, że zmieniają się role społeczne, modele rodziny etc. T o w końcu, jak to jest? Ciekawe...
Z reguły nie piszę o pracy, ale w przy takich okazjach uchylam zakaz. Udany początek tygodnia. Wczoraj nie poszedłem do pracy uznawszy, że jest zbyt zimno i wolę zostać z dziećmi i Najlepszą z Żon. A dzisiaj proszę. Podwyżka i awans, kto by pomyślał. Minimalnie się zanosiło, ale tego się nie spodziewałem. Czekam na gratulacje ;) Dzisiaj świętujemy jak zwykle dobrą kolacją z winem. Wasze zdrowie!
ON: "Kochanie, ale...ale...kobiety...ale jak to, przecież kobiety nie puszczają bąków?! Kobiety jeżdżą na jednorożcach, wieszają tęcze i gręplują obłoczki!"
ONA: No...
Dialog drugi:
ONA: Kochanie, czy wy te posiłki w biurze to jecie w kantynie czy u siebie przy biurkach?
ON: A komu by się chciało do kuchni latać, jasne że przy biurkach...
ONA: Ale przecież musisz spalać kalorie!
ON: Przecież spalam jak chodzę do automatu ze słodyczami...
Ostatnio jestem tak bezproduktywny w robocie, że aż dziś mnie się pomyślało, że w zasadzie jeżdżę do rpacy tylko po to, żeby móc 45 minut (w te i we wte) spokojnie poczytać, aktualnie come back trylogii husyckiej Sapkowskiego. Smutne z tą pracą. Z pieca wyszedł właśnie bochenek chleba na dzisiejsze śniadanie. Idę spać, bo znowu nie usłyszę budzika...
Jak oni to zrobili tego nie wiem, ale specjalna, niepowtarzalna 12 ścienna kostka do gry w farmera znalazła się za szafą. Płacz, chlipanie, rwanie włosów z głowy. Nie mogłem słuchać tego dłużej niż półtorej minuty.
Żeby dobrać się do kostki musiałem wyjąć z dolnej szafki całe swoje wieloletnie archiwum. Prace semestralne, zdjęcia, pamiątki i najważniejszą rzecz listy. To ostatnie było dość nieoczekiwane. Żyliśmy w czasach, w których ludzie pisali do siebie papierowe listy. Piękne ręcznie pisane w kopertach. Wspaniałe odkrycie. Listy od przyjaciół, listy od żony...
Miałem wspaniały noworoczny wieczór. Umordowałem się. Spakowanie archiwum z powrotem zajęło z półtorej godziny. Kostka wydobyta, ale najpiękniejsza ta historia z listami...
Muszę się przyznać, że nasze Emeryten Party było wyjątkowo udane. Po pierwsze P. przyjechali bez dziecka o czym za chwilę, a po drugie inaczej niż zwykle tylko trochę przesadziłem z winem więc nie zgasłem przed północą, ale grubo, grubo po. Wyjątkowo dobrze i dojrzale sprawiła się moja Córuś, która towarzyszyła nam wprawdzie do 1.00 w nocy choć w większości siedziała u siebie klikając w Simsy. P. zostawili swojego dziecia u dziadków, bo podejrzewali ospę. Słusznie podejrzewali jak się okazało dziś rano. U nas wprawdzie już po ospie, ale licho nie śpi - półpasiec nie jest mile widzianym gościem...
Teraz o kulinariach. Plan z fondue wypalił w 100 %. Roztopienie prawie kilograma sera zajęło chwilę, ale aromat jaki roztaczał się po mieszkaniu był po prostu obłędny. Żeliwny caquelon na stole prezentował się bosko, aż szkoda że to już po imprezie. Udało się nie zważyć sera :) mistrzostwo świata po prostu. Kilka sosów, pasta jajeczna i dużo eliksiru wiedzy i odwagi czyli po prostu wina. Wino królowało z resztą przez cały okres świąteczny, co bardzo sobie chwalimy z B.
Sylwester był, co się zowie. Spać poszliśmy około 3.30 wraz z najmłodszym dzieciem, co to się urwał z choinki i odmówił spania około 2.00 w nocy. Bardzo miła pobudka w 2012 roku ;) A dziś Córuś gotuje obiad pod czujnym okiem mamy. Dostała wczoraj swoją pierwszą książkę kucharską...
Kończy się rok i naprawdę nic się dzieje. Obudzimy się pierwszego stycznia starsi o dzień. Poza datą nic się nie zmienia dla nas. Wiele hałasu o nic. Sylwestrowe pierdoły.
Początkowo chciałem pisać tutaj tylko przez rok, ale skoro Samoa może nie mieć piątku, bo zmienia strefę czasową, to i ja nie będę się trzymał tego postanowienia. Tym bardziej, że moje własnopisanie przeniosło się tutaj, a na sąsiednim blogu cisza od lipca 2011. Nie żegnam się więc.
Na pewno wieczorem popatrzę w zatroskaną twarz żony i przyjaciół jeśli wpadną z Sylwestrową wizytą. Pogwarzymy. Opowiemy sobie o różnych sprawach. Napijemy się wina może się pokłócimy, a potem pogodzimy szybko, szybko. Pomyślę o tych, których zabrakło w 2011 roku, którzy się zawieruszyli w Warszawie, Lublinie, Amsterdamie, Kopenhadze czy gdzie tam są...
Życzę Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, zdrowia siły i mądrości, abyście mogli realizować swoje sny, marzenia, plany. Grajcie w zielone. Do zobaczenia pojutrze, albo kiedyś...
Stanowczo za ciepło, jak na grudzień. Dziś rano 7 stopni celsjusza na wysokości 4 piętra, wiosenne powietrze. Czuję się lekko. Minęły nam kolejne święta Bożego Narodzenia. Bez komputera, w zasadzie bez telewizora, ale za to z dziećmi :)). Wizyta u teściów minęła bezstresowo, nie chce mi się o niej wspominać. Drugi dzień świąt w letargu przerywanym czytaniem książek. Całkowity relaks, nowa definicja słowa chiilout, że tak powiem. Łyk wina, piętnaście stron książki, świąteczny prezent od żony, letarg, zabawa z dziećmi, książka, zabawa z dziećmi, kolacja, wino, książka, letarg w fotelu. Da capo seznza fine. Pięknie było. I ta wszędobylska cisza, aż dzwoniło w uszach. Szkoda, że nie było śniegu, bo po błocie to nie spacer. W Sylwestra żadnych planów, ale to nieodległa przyszłość więc się tym nie martwię. Z resztą przymus zabawy męczy mnie od wielu lat. Pewnie siądziemy nad garnuszkiem fondue i o 2.00 pójdziemy spać. Pierwszego stycznia większość rodaków będzie zdychać na kacu, a my jak te skowronki. Tak właśnie lubię. Udało nam się zatrzymać w te święta i popatrzeć na siebie i nasze sprawy z dystansu. Cenne doświadczenie...